
nic tak nie nakręca na własny występ jak inny dobry koncert. a ja na takim wczoraj byłem. no może nie był to do końca dobry koncert, ale o tym poniżej.
wczoraj w Warszawie zagrała jedna z moich ulubionych kapel - Caliban. czekałem na ten koncert od dawna. niestety zagrali w niedoborowym towarzystwie. kontrolnie się spóźniłem więc (na szczęście) zaliczyłem tylko dwa utwory folk metalowego
a Caliban? mimo niesprzyjającej publiki (naprawdę dobrze bawiło się kilka osób) występ pełen był energii. widać było - nie ważne, że wall of death robi raptem 20 osób - zespół grał dla tych którzy przyszli ich wysłuchać. brzmieli naprawdę dobrze i selektywnie (lepiej niż main act!). nie będę się zagłębiać w szczegóły występu, ale zagrali tak jak się spodziewałem. nawet dobór repertuaru był taki jak trzeba. poprostu dobry gig - nie zawiodłem się ani trochę.
po koncercie podszedł do mnie młody, długowłosy koleś w jeans'owej katanie bez rękawów. "słuchasz Calibana?" zapytał. aż tak bardzo było widać kto przyszedł tylko na ten jeden zespół? moim zdaniem tak. po pytaniu nastąpiła propozycja wymiany kostki z logo grupy na piwo. nie jestem gadżeciażem.
nic tak nie nakręca na własny koncert jak inny dobry występ. i dobra publiczność. do zobaczenia.

6 komentarzy:
"Goodbye, a word that makes me cry.
all the joy and all the fun
are suddenly gone - goodbye". A nie nie, za smutne.... "We, we kill you all!" CAALIBAN! :D
ja miałam lepszą impreze przed koncertem:)))
hahaha
coś tu u was jakoś spokojnie się zrobiło, ale ja was nie opuszczę i pisać będę komentarze do bloga do czasu gdy mnie stąd jakiś miły pan nie wyrzuci :**
i na dziś to tyle:)
ten blog podupada!
jak cholera!
annalisa popadła w zimowy sen ale już w sobotę się obudzi bo wiosna się zaczyna :)
no ale naprawde powiewa u was taką nudąąą że lepiej do was nie pisać bo nie wiadomo czy przez przypadek mnie nie zarazicie:(
można przez nich popaść w depreche.
Prześlij komentarz